Aktualności
Lew, co kochał barany. Portret Orzecha- Agnieszka Bugała
Opublikowano: 4 czerwca, 2022

Na ambonie gromił, w prywatnych rozmowach opatrywał najcięższe rany. Kochał ludzi i potrafił cierpliwie pokazywać im drogę do Boga. Księdza Stanisława Orzechowskiego wspominają Teresa i Jan Miodkowie oraz bp Andrzej Siemieniewski.

W 1939 r. w Kobylinie, tuż przy ulicy, stał dom – prostokątna bryła z drzwiami pośrodku i czterema oknami. Niski, obszerny, z pokojami na poddaszu. To tu 7 listopada, dwa miesiące po wybuchu II wojny światowej, urodził się ks. Stanisław Orzechowski. Niedaleko domu był rynek z ratuszem i kościół św. Stanisława, w którym 5 lipca 1964 r. odprawił prymicyjną mszę świętą. Kapłańska przygoda trwała 57 lat. Równo rok temu, 19 maja 2021 r., zmarł. Trwała pandemia, ludzie bali się spotkań, ale jego pogrzeb wywołał z domów pięć tysięcy osób.

„Orzech to człowiek, który rozdał życie…” – mówi biskup Andrzej Siemieniewski.

„Był kapłanem, któremu zawdzięczam umocnienie w wierze…” – dodaje pani Teresa Miodek.

„Wziąłem od niego sposób operowania zawieszaniem głosu i pauzą, które sprawiają, że słuchacze słuchają jeszcze uważniej…” – mówi prof. Jan Miodek, wybitny polski językoznawca.

Umarł lew, co kochał barany…

– To był najpopularniejszy ksiądz we Wrocławiu. Drugi raz w życiu widziałem taki pogrzeb w naszym mieście. Pierwszy raz, gdy żegnaliśmy kard. Kominka i drugi, gdy żegnaliśmy Stanisława – mówi z przekonaniem prof. Jan Miodek. Jego życiorys jest długi, lista zasług i tytułów imponująca, ale do historii przeszedł przede wszystkim za to, że kochał ludzi i potrafi cierpliwie pokazywać im drogę do Pana Boga. Na ambonie gromił, w prywatnych rozmowach opatrywał najcięższe rany.

– Jest taka stara szkoła duszpasterska: Lew na ambonie, baranek w konfesjonale. On był z tej szkoły. Na ambonie, gdy mówi się do grupy, można, a czasem nawet trzeba, budzić. W konfesjonale już grzmieć nie trzeba, bo skoro człowiek przyszedł, to nie śpi, ale szuka pomocy – mówi bp Andrzej Siemieniewski.

Zasada ta, zobrazowana na przykładzie zwierząt, Orzechowi pewnie bardzo by się podobała. Lubił być otoczony zwierzętami, zwłaszcza owcami, kozami i domowym ptactwem. Często powtarzał, że chciał być pasterzem i Pan Bóg pragnienia wysłuchał, bo jest duszpasterzem akademickim, a przecież wszyscy studenci to barany.

„Mellisy i juglansy”, czyli Miodkowie i Orzechowscy

Państwo Teresa i Jan Miodkowie poznali najpierw brata księdza, Kazimierza. Trzeci z kolei Orzechowski studiował polonistykę w latach 1963-68, na tym samym roku, co oni. W 1970 r., gdy byli już małżeństwem, spędzali wakacje na Stogach, pięknej plaży gdańskiej i wtedy, właśnie w Gdańsku, na ślubnym kobiercu stanęli Kazimierz i Urszula, a małżeństwo błogosławił ksiądz Stanisław, który studiował pedagogikę na KUL i do Gdańska przyjechał prosto z Lublina.

– Kazio Orzechowski był moim najlepszym kumplem ze studiów. On i my, jeszcze wtedy nie Miodkowie, śpiewaliśmy razem w chórze uniwersyteckim. Dzięki temu głosowemu zaangażowaniu wzięliśmy nawet udział w dziesięciodniowym tournée po Holandii. Później, gdy za żoną Kazio wywędrował do Gdańska, podjął pracę w gdańskiej delegaturze Ossolineum. Dzięki tej pracy – wiadomo, że główną siedzibą wydawnictwa był i jest Wrocław –  Kazimierz często przyjeżdżał do Wrocławia. Zwykle wtedy zatrzymywał się u nas, a gdy pojawiał się Kazio, przychodził też i Stanisław – wspomina profesor.

Nocne rozmowy, fundament przyjaźni

Na Bujwida, w jednym pokoju, gdzie przewijały się setki studentów, nie było warunków na braterskie rozmowy, stąd ich spotkania zazwyczaj odbywały się u Miodków. Stach, zajęty studentami, był wolny zwykle dopiero koło północy a często i później, ale gdy już przychodził, siedzieli do rana, śmiejąc się głośno, nie szczędząc dowcipów, anegdot, a i uszczypliwości, bo poczucie humoru Stanisław miał śmiałe. Kończyli posiedzenia rano. On szedł na poranną mszę a oni do swoich obowiązków.

– On był z ludu, ale to nie był ludowy ksiądz. To był ksiądz intelektualista, oczytany, przygotowany. Do dziś pamiętam kazanie, w którym rozebrał na czynniki pierwsze Mozartowskie Requiem. Dokonał analizy utworu pod względem teologicznym. To był majstersztyk. Po mszy poszedłem, by mu pogratulować. W swoim zabieganiu bardzo dużo czytał, nieustannie się uczył. W jego kazaniach były cytaty z najwybitniejszych teologów – Rahnerów, Lubaców – ale wkomponowane tak zmyślnie i tak przefiltrowane przez umysł i modlitwę Stacha, że dostawało się porcję czytelnej, przejrzystej wiedzy teologicznej pozornie tylko łatwej w absorpcji. Przystępną czynił tę wiedzę język Stacha, ale ten zabieg to był dowód na jego retoryczny kunszt. Posiadał zdolność mówienia o rzeczach trudnych w sposób, który pozwalał ludziom mniej wykształconym pojąć wszystko w lot – mówi profesor.

– Przez lata w jego pokoju najwięcej miejsca zajmowały książki. Sutanna gdzieś tam na kołku wisiała, w skrzyniach były pielgrzymkowe klamoty, w szufladach przedmioty osobiste, ale książki były najważniejsze. Każdą przyniesioną książkę czytał od razu, był w tym czytaniu zachłanny. Potrafił też natychmiast wykorzystać jakąś myśl w kazaniu – dodaje pani Teresa.

Orzech, którego budziłem…

Biskup Andrzej Siemieniewski poznał Orzecha w okresie szkoły średniej. Coś go przy nim trzymało, Orzech był jak słup światła w ciemności. Kiedy stworzył małą, kilkuosobowa grupę, bez nazwy i bez zobowiązań, Andrzej dołączył. Modlili się psalmami, spotkania odbywały się raz w tygodniu, w ciasnym pokoju księdza. Przy Bujwida nie było jeszcze kościoła, tylko kaplica cmentarna z przybudówką.

– Wtedy też zostałem ministrantem, u niego. Przychodziłem na poranną mszę, którą on odprawiał. Trzeba było przyjść wcześniej, zastukać w okno, żeby go obudzić, wysłuchać narzekania, a potem już razem iść do kaplicy. Nigdy wcześniej nie byłem ministrantem, dopiero u niego. I – co dość oczywiste – była to twarda szkoła. Orzech też zapraszał nas, tych z małej grupy, na spotkania z uczestnikami katechezy. Kiedy wyjeżdżał my prowadziliśmy lekcje religii – wspomina. Miał do nas duże zaufanie. Potem grupa zaczęła się rozrastać, ale mnie udało się przy nim trwać. Kiedy kard. Gulbinowicz wyznaczył go na koordynatora nowych ruchów religijnych poprosił mnie, żebym poprowadził seminarium odnowy w Duchu Świętym. Byłem klerykiem, na spotkania przychodziło czterech księży, w tym Orzech, a ja opowiadałem. Spotykaliśmy się w małej, ciasnej kancelarii. Wszystko po to, żeby Orzech mógł doświadczyć i zrozumieć. On miał taki sposób działania. Brał coś nowego, na czym się kompletnie nie znał – ale to go nie zrażało – i zaczynał się uczyć. Brał ziarenko, sadził, potem pielęgnował i po czasie miał już niezłą grządkę, a potem ogród. Byłem świadkiem, jak w podobny sposób przyglądał się pieszej pielgrzymce. Ktoś mu powiedział, że był w Warszawie na pielgrzymce i to jest dobre. Orzech wysłuchał i stwierdził: O, to ja pojadę za rok i zobaczę. Pojechał, zobaczył i uznał, że nie trzeba chodzić z Warszawy, można z Wrocławia. W ten sposób zaczynał każdą ze swoich posług.

Chrześcijaństwo zobowiązuje

Twierdził, że złe słowa mają w sobie złą moc i trudno zetrzeć ślady, które po sobie zostawiają.

Ubolewał nad przekleństwami, pogardą. Uważał, że moc złych słów niweluje błogosławieństwo, a do błogosławieństwa przywiązywał wagę ogromną. Podkreślał, że dobrze życzyć i dobrze mówić nie oznacza, że trzeba się ze wszystkimi we wszystkim zgadzać, ale trzeba się dobrze różnić. Podkreślał, że chrześcijanin programowo powinien być człowiekiem dialogu, a dialog to nie jest narzucanie swojego stanowiska.

– Pamiętam jego kazania z czasów stanu wojennego – nigdy nie podgrzewał atmosfery a ludzie przychodzili przecież z różnymi uczuciami, byli w różnych sytuacjach. Nie bagatelizował, ale potrafił łagodzić nastroje. Zachęcał do tego, aby nie tracić do siebie zaufania. Tłumaczył, że patologiczny brak zaufania do siebie sprawi, że po jakimś czasie Polska będzie przypominała szpital psychiatryczny – mówi pani Teresa.

A jaki był początek drogi?

Urodził się w wielkopolskim Kobylinie. Był duży, podobno ważył aż sześć kilogramów. Mama, Franciszka, skorzystała z pomocy akuszerki, pani Kabatowej a dumny ojciec nadał pierworodnemu imię, które sam nosił. Wkrótce przeprowadzili się do Rębiechowa. Ojciec pracował na kolei i dom, który zajęli, stał tuż przy torach. Po Stanisławie przyszli na świat jeszcze Bronisław, Kazimierz i Józef. Wojna nie oszczędzała nikogo i do domu często zaglądała bieda. Ale to byli pracowici ludzie. Walczyli, by godnie przetrwać. Mimo, że sami posiadali niewiele, dzielili się z sąsiadami. Mama miała tak dobre serce, że tato musiał powstrzymywać jej hojność, żeby nie zabrakło dzieciom. Wstawali wcześnie. Pani Franciszka nawet po to, by w spokoju wysłuchać śpiewu ptaków. Mały Stach wiedział, że musi dbać o swoje rzeczy, aby mogli skorzystać z nich również jego bracia. Do kościoła często chodził boso. Kilka kilometrów brnął przez las, a potem mył nogi w rzece i zakładał buty. „Bóg dał mi nogi po to, by je schodzić. Gdy po śmierci przyjdę do Niego, powie: «Orzechu, pokaż mi twoje nogi». I ja wtedy pokażę mu moje spuchnięte od żylaków, schodzone nogi” – powie po latach w jednym z wywiadów.

Poszukiwanie drogi

Ale początek nie był łatwy. Szkoła była w Kobylinie. Codziennie, niezależnie od pogody, przez siedem lat chodził tam, pokonując ponad trzy kilometry, mimo że nie zawsze go chwalono. Wiele razy wspominał rozmowę z jedną z nauczycielek:

– Kim chcesz być w przyszłości? – spytała.

– Nauczycielem – odpowiedział mały Staś.

– Co? Z takim głupim łbem to się nie nadajesz! – krzyknęła z wielkopolską bezpośredniością. Po ukończeniu szkoły poszedł do technikum budowlanego. To nie był dobry wybór i chciał nawet zrezygnować, ale porzuceniu szkoły zapobiegł dziadek Wawrzyn. W 1957 r. rozpoczął pracę w zawodzie. Szybko jednak zorientował się, że to nie jest jego droga. Wychodząc z kościoła natknął się na afisz zachęcający do wstąpienia do seminarium. Od tej pory coś nie dawało mu spokoju. Wreszcie podjął decyzję: wstąpił do seminarium we Wrocławiu.

Po pierwszym roku dostał wezwanie do wojska. Rutynowe badanie wykazało ciężką gruźlicę. Dziury w płucach były wielkości pomarańczy, jego powołanie zawisło na włosku. Nie zastanawiając się długo pojechał na Jasną Górę, do Matki. Stanął przed Nią i poprosił: „Jeśli chcesz, żebym był księdzem, zrób coś z tą gruźlicą”.

Po trzech miesiącach choroba się wycofała. 28 czerwca 1964 r. kard. Bolesław Kominek wyświęcił go na kapłana. Więc chyba chciała.

Od miski z wodą do mistyki

Modlitwa nie przychodziła mu łatwo. Wiedział, że wszystko jest tu ważne i wymaga ciężkiej pracy. Studiował mozolnie i uczciwie. Modlił się gorliwie i szczerze. Dążył do tego, aby Bóg był obecny nie tylko w jego kazaniach i refleksjach kapłańskich, ale także w najbardziej ukrytej przed ludźmi rzeczywistości serca. Na początku zapominał o znaku krzyża rano. A pragnął, by była to absolutnie pierwsza czynność po obudzeniu. Zmuszał ciało, by nie angażowało się w inne działania. Jednak zapominał, wciąż nie była to pierwsza czynność. Wreszcie wpadł na pomysł stawiania wieczorem obok łóżka miski pełnej wody. Rano, gdy wstawał i nogi zanurzały się w lodowatej wodzie, aż chlupało – już wiedział, już pamiętał! Dziś niektórzy spośród tych, którzy go znali, mówią: mistyk. On sam w jednym z wywiadów dzielił się swoim odkryciem w pojmowaniu Eucharystii: „Pojąłem rzecz największą, której nie pojmowałem przez lata, odprawiając mszę świętą, że nasza liturgia na ziemi jest odbiciem tej liturgii w niebie. Nierozerwalnie się wiąże jedno z drugim. Nie ma już takiej mszy świętej, żebym nie widział nieba otwartego i owej liturgii, która się tam dzieje, i z którą współbrzmi to, co my tutaj, na ziemi, robimy. To jest niewiarygodnie mocne. Nie widzę, rzecz jasna, twarzy Zasiadającego, bo to pewnie jest niemożliwe, ale widzę Go jako wielki blask Światła”.

To widzenie Światła zaczynało się od stawiania miski z wodą i bólu kolan od klęczenia w czasie rodzinnych pacierzy. „On nie jest żadnym kaznodzieją ludowym – mówiła przed laty o Orzechu pani Maria Dąbrowska, emerytowana nauczycielka języka polskiego we wrocławskim Liceum Sióstr Urszulanek. – On dla mnie jest… mistyczny. Obserwuję go i wydaje mi się, że ten mistycyzm długo w nim dojrzewał”.

Mowa, która rani

Chcesz usłyszeć prawdę o sobie? Idź do Orzecha – mawiano. Pobądź z nim trochę, niech cię pozna a potem ci wyłoży kawę na ławę, aż ci w pięty pójdzie. Niech doprowadzi cię do ściany, aż stracisz poczucie pewności. I wtedy już wszystko będzie dla ciebie jasne.

– Moje powołanie? Kształtowało się przy księdzu Orzechowskim. Czy przy Orzechu było mi łatwiej je odczytać? Tak. On rzeczywiście jakoś klarował naszą duchowość i pomagał w bardzo specyficzny sposób. Są ludzie, którzy pomagają wnikając we wnętrze człowieka, debatując godzinami na temat motywacji wewnętrznych, itd. On klarował zupełnie inaczej, przede wszystkim wciągając do wspólnych prac. Odczytywanie powołania wychodziło „w praniu”. Potrafił powiedzieć: „Weź się za to, do dzieła, nie stój, co się gapisz, rób”. Mnie bardzo pomogła przemowa, którą zaczął od słów: „Ty ośle!” Zdeterminowało mnie to do podjęcia decyzji. Ten jego okrzyk uświadomił mi, że czas ruszać a nie siedzieć i debatować. Był jak kubeł zimniej wody. Był pierwszym człowiekiem, który dowiedział się o tym, że zamierzam iść do seminarium. Od razu powiedział, że to oczywiste. On również, jako pierwszy, dowiedział się o mojej biskupiej nominacji. Dla mnie było oczywiste, że to jemu, jako wieloletniemu spowiednikowi, muszę tę nowinę powiedzieć. Nawet ryzykując kolejnego „osła” – wspomina Andrzej Siemieniewski.

Ksiądz bez pijaru

Duszpasterskie zabiegi? Metody, by studentów było coraz więcej? W żadnym wypadku. Przez lata działalności wrocławskiego duszpasterstwa akademickiego „Wawrzyny” kolejne pokolenia studentów odkrywały, że Orzech zawsze ma rację, nie próbuje się przypodobać i nie głaszcze. Wymaga, spodziewa się, często nie okazuje żadnej wdzięczności. W wychowywaniu stosuje „wielkopolską bezpośredniość”. Żadnej socjotechniki, żadnego pijaru. Nie zabiegał i nie walczył o liczbę studentów w szeregach. Często ranił. A jednak wciąż przychodziły kolejne pokolenia studentów i – najpierw nieśmiało, a potem na stałe – chciały być w zasięgu jego spojrzenia i ojcowskiej troski: dystansu, który budował i modlitwy, którą otaczał. Nie był czułostkowy. Były dni, że nawet nie próbował być miły. Był boleśnie prawdziwy. Bez maski, bez kreacji, trochę na zasadzie: „co w sercu, to w gębie”. A jednak nowe pokolenia młodych, którym wciąż ktoś chciał się przypodobać i coś sprzedać – przychodziły i szybko odkrywały, że nie mogą być obojętni, muszą się określić, czy go lubią, czy wolą uciekać. Orzech często obrażał studentów w kazaniach, łamał stereotypy studenckiego myślenia, sięgał po sformułowania niegrzeczne, zbyt dosadne. Wielu nie potrafiło tego zaakceptować i odchodziło. Orzech dbał, by sól jego mowy nie straciła smaku. Ci, którzy przez warstwę tej soli, mimo zranień, przekopali się głębiej, odkrywali inny świat, często odnajdywali drogę swojego życia i drogę do Pana Boga. Robert Ruszczak, założyciel zespołu „40 synów i 30 wnuków jeżdżących na 70 oślętach”, opowiadał przed laty o tym, jak dołączył do duszpasterstwa, ale był jakby z boku, dryfował. Po jednej ze mszy świętych Orzech zagadnął go, co się dzieje a on odrzekł, że nic, że jest smutny z natury. „Z natury, to tylko diabeł jest smutny” – odrzekł i zaprosił natychmiast na rozmowę, która, jak się potem okazało, zmieniła życie pana Roberta.

Mowa Orzecha w ujęciu prof. Miodka

– Jego język był jędrny, dosadny, czasem potoczny. Tradycjonalistów mógł gorszyć – mówi prof. Miodek. – Kiedyś się z nim zadyskutowałem o wyrażenie „guzik prawda”. Bronił się, że przecież nie użył dosadniej, a mógł. „No jeszcze by tego brakowało – mówię – żebyś użył. Musisz pamiętać, że używasz substytutów wulgaryzmów, a to balansowanie na krawędzi”. W ustach innego księdza byłoby to nie do przyjęcia. Jednak jemu wybaczaliśmy i ja, jako językoznawca, też mu wybaczałem i wybaczam, dlatego, że on bardzo kochał ludzi. Szorstkość języka, epitety i przezwiska kierowane do studentów – dudusie, miągwy, królewny, czyli dziewczyny, które do niczego się nie nadają a powinny się wziąć do roboty – brały się z tej miłości i pomagania w dojrzewaniu. Czuło się tę miłość – mówi profesor.

– On mówił językiem, którego używali studenci. Sukces jego duszpasterstwa, w ciągu tylu lat bycia duszpasterzem studentów brał się z wsłuchiwania się w to, jak oni mówią i wychodzenia temu naprzeciw, zwłaszcza na ambonie – dodaje pani Teresa.

– Ludzie uczą się chińskiego, by porozumieć się z mieszkańcami Pekinu. Stanisław przez tyle lat duszpasterzowania uczył się języka studentów, by mówić do nich w taki sposób, aby go rozumieli. Przychodziły kolejne roczniki, nowe pokolenia, a on wciąż nasłuchiwał ich języka nadążał, był na czasie. To jest absolutny fenomen duszpasterski – dodaje Profesor i wyjaśnia, że sam był zafascynowany innym mistrzem ambony, ks. Julianem Michalcem, ale z czasem odkrył, że Orzech, brat jego przyjaciela z polonistycznych studiów, Kazimierza Orzechowskiego, sięga po inne środki wyrazu, tworząc w sobie tylko znany sposób zupełnie nowy model kaznodziejstwa.

Colas Breugnon z Wrocławia

Karmił ludzi szczerością i gdy płakali, pozwalał im płakać, ale dużo częściej mówił tak, by musieli ryczeć ze śmiechu.

– Nie słyszałem w życiu kaznodziei, na którego homilie i kazania ludzie reagowaliby wybuchami śmiechu. I to śmiechu serdecznego, głębokiego, ozdrowieńczego. Byłem świadkiem tych reakcji i w kaplicy przy ulicy Bujwida i w innych miejscach, ale i teraz, gdy Stanisław już nie żyje a otwieram Internet i słucham tych jego wystąpień. Wszędzie ten odbiór jest niezwykły. Myślę, że te reakcje biorą się stąd, że podstawową kategorią estetyczno – retoryczną jego kazań był dowcip, humor, a co najważniejsze: on to wszystko, z czego słuchacze zrywali boki, mówił na poważnie, powieka mu nie drgnęła, głos trzymał jednakowy tembr, choć w środku sam rechotał, aż miło. W nim było coś z Hrabala, z Colas Breugnon’a, bohatera powieści Romaina Rollanda. To był ksiądz płonący na ambonie. Tam nie było patosu, ale było uczucie, niezwykła emocjonalność, a emocjonalność jest kluczem do sukcesu retorycznego. Dydaktyzm tych kazań był bezsprzeczny, ale nie przesadzony, doprawiony humorem – wyjaśnia językoznawca.

Na jego sukces składał się też talent aktorski, gestyczny, mimiczny. Potrafił zaprezentować na ambonie jak gołąb wylatuje z gołębnika, albo w czasie mszy odprawianej dla przedszkolaków zorganizować naprędce małą orkiestrę na tyle zgraną, że mogła z powodzeniem przejąć rolę organisty.

– On nie chodził do szkoły aktorskiej, on to miał w genach. Gdy się to ma – słuchacze są twoi. I on miał. Ta scena, pamiętna, która została pokazana w filmie pt. „Orzech, zawsze chciałem być wśród ludzi”, gdy siedzi pod otwartym oknem i każe słuchać śpiewu ptaków. Kaplica słucha, ale on, naburmuszony teatralnie twierdzi, że nic nie słyszą a „pobożne niewiasty z pewnością myślą, że ptak śpiewa Bogu wszechmogącemu. I nic z tego nie rozumieją, oczywiście, bo on żonie śpiewa, bo są po miodowych dniach…” Przecież to była mistrzowska zagrywka! Retoryczny majstersztyk, a co najważniejsze – zmontowany naprędce, z pokerową twarzą. Ludzie śmiali się głośno a on wytrzymał, żeby nie zepsuć puenty. To jest dar! – mówi profesor.

Niemoc jest częścią nas

Nikt nie lubi się odsłaniać. Nawet rodzice wobec własnych dzieci dość ostrożnie dozują opowieści o wydarzeniach, które nie przynoszą im chluby. Orzech wychowywał inaczej. Często ryzykował utratę autorytetu. Opowiadał o zdarzeniach, które nie poszerzały jego aureoli. Stawał przed rzeszą młodych i starszych z prawdą o Bogu, ale też o sobie. Anegdotą z brodą jest już historia o tym, jak jako dziecko wykradał swojemu proboszczowi wiśnie z sadu. I jak musiał to wyznać w konfesjonale samemu właścicielowi owocowych dóbr, bo ksiądz w parafii był tylko jeden. „Prawda jest jedynym fundamentem wzrostu człowieka i relacji. Ten z ogonem, z lewej instancji, lubi wszystko zagmatwać, ale nie wolno mu pozwolić!” – wołał często w kazaniach.

– Nie słyszałem w ciągu mojego siedemdziesięcioletniego już życia, aby jakikolwiek ksiądz na ambonie tak nasycał swoje przepowiadanie przykładami z życia własnego i swojej najbliższej rodziny – mówi prof. Miodek. A równocześnie on to tak robił, że tam nic nie było z narcyzmu. Pokazywał siebie ze wszystkimi przywarami, zmaganiami. Opowiadał o zwykłej, wielkopolskiej rodzinie, która przeżywa swoje trudności, wchodzi w swoje cienie. Dzięki tej prawdzie o sobie jego przekaz był wiarygodny. Te przykłady były czasem hiperbolizowane, ale służyły kaznodziejskiemu posłaniu – dodaje.

– To był gawędziarz. On nie uprawiał stylu profesorskiego. To, jak mówił przypominało styl rabinów. Dziś mamy akademickie wykształcenie teologiczne, które na ambonie zamienia się w krótki wykład wzbogacony o przykłady. Efekt takiego głoszenia nie zawsze ma skutek pożądany. I rzeczą jasną jest, że Pan Jezus tak nie mówił, a i słynni, święci już kaznodzieje, też tak nie mówili. Orzech nie był akademikiem i nie udawał akademika – zaprzągał treści ewangeliczne do swoich gawęd, wzbogacał anegdotami, często koloryzując, ale gawęda daje takie przecież prawo. Ludzie za nim szli, bo często odwoływał się do swoich słabości – mówi bp Andrzej.

Łączyć, aby byli jedno

– To, jak mówił i co robił, to było chrześcijaństwo. Moja żona przez wiele lat chodziła na msze czwartkowe, ja czasem też dołączałem. Stanisław mówił o trudnych sprawach, wytykał błędy, ale robił to zawsze z miłością, choć szorstką. Tam się nigdy nie słyszało słów wykluczających, podszytych nienawiścią. To był zawsze przekaz inkluzywny. W czasie stanu wojennego, gdy wiedział – a wiedział zawsze – że w tłumie są przyczajeni esbecy, witał ich z ambony jako panów, którzy dziś przyszli do pracy. To z tego powodu, gdy on i o. Ludwik Wiśniewski zostali Honorowymi Obywatelami Wrocławia, ojciec Ludwik zaintonował pieśń Okudżawy „Od nienawiści chroń nas, Panie”. Złego słowa o nikim z ambony nie powiedział. Był też w najlepszym tego słowa ekumeniczny. Otwierał i włączał. Jeśli nie zgadzał się z kimś – a takich sytuacji było wiele – upominał w cztery oczy, nigdy publicznie. Publicznie upominał bardzo ogólnie, mowę kierował do wszystkich. Przepraszanie przychodziło mu z trudem, ale z biegiem lat przepraszał coraz częściej – wspomina prof. Miodek.

– Spotkałem się po śmierci Orzecha z wypowiedzią, że „napsuł krwi komunistom”. Nie, to nie jest prawda, on nikomu nie chciał psuć krwi. Działał tak, że gdy spotykał komunistę, to starał się pomóc mu dojść do Boga a nie psuć krew. W nim nie było skłonności do podziałów – dodaje biskup.

Trzęsienie serca

Czasem ten szok, który wywoływał, był jak zrzucanie Szawła z konia. Spadałeś, porażony, ale wstawałeś już inny. Paweł Lipski, jeden ze studentów, napisał kiedyś, że „Przez Orzecha działa Duch Święty. Ten kanał, ta rura pionowa, która łączy nas z Bogiem, u niektórych ledwie ciurka, a u niego ma jakąś potężną przepustowość”.

– To był człowiek Dziejów Apostolskich. One nie skończyły się, trwają i Orzech był takim kapłanem, który je pięknie pisał dalej. Gdzie go Duch Święty posłał, tam szedł – mówi biskup Andrzej.

Zarówno w Morzęcinie jak i na Bujwida hodował kurczaki. Zagradzał kąt w pokoju, wieszał lampę, tzw. kwokę i karmił. Po niedługim czasie, gdy kurczaki nabierały samodzielności, wypuszczał je na podwórko i musiały radzić sobie same.

– Podobnie postępował z ludźmi. Przez krótki czas doglądał, potem wypuszczał. Nie przywiązywał do siebie, nie wymagał adoracji, bycia blisko. Owszem, cieszył się, gdy samodzielny kurczak po jakimś czasie przyszedł opowiedzieć co tam w świecie zobaczył, ale gdy nie wracał Orzech nie miał żalu. Wychowywał do samodzielności i do wolności, również od siebie – mówi biskup.

On wierzył, że Duch Święty działa w życiu każdego człowieka niezależnie od wieku, pochodzenia i doświadczenia. „Wieje, kędy chce”. Tak, jakby mówił każdemu: „Ty nie mnie masz szukać, ty masz szukać Boga. Ty nie do mnie masz przychodzić, ty masz iść do nieba”. A potem zaraz dodawał: „Jak będzie trzeba, to ci podam rękę, a jak to nie pomoże, to ci przyłożę Panią Orzechowską” (tak studenci nazywali wielką laskę, którą przez ostatnie lata się podpierał).

Noc była po to, by słuchać

Niepełny byłby portret Orzecha, gdyby nie sięgnąć do fenomenu jego posługi w konfesjonale. Orzech spowiadał w nocy. Robił to przez lata. Siadał w każda środę po wieczornej mszy świętej w jednej z salek. „Studenci mają czas dopiero w nocy – mówił – dlatego tak spowiadam”.

– To nie był wykoncypowany projekt duszpasterski – mówi biskup Andrzej. Orzech patrzył, kiedy przychodzą grzesznicy. Skoro przychodzą wieczorem, a potem i w nocy, to wtedy siadał. Uznał, że Bóg działa w studentach o innych porach, niż w innych ludziach. Skoro nie działa w nich o 15.00, to siedzenie o 15.00 nic nie da. Siadał o 20.00 i często siedział do rana – dodaje.

Zwykle trzeba było czekać bardzo długo w kolejce, jednak nikt się nie niecierpliwił. Ludzie przychodzili. Niektórzy bali się, że zatrzęsie ich światem w posadach i wszystko będą musieli zaczynać od początku. A jednak w tej posłudze wielki i surowy Orzech, rzucający na co dzień gromy z ambony i grożący lagą, chował się cały za rozłożonymi ramionami Miłosiernego Ojca, który cieszy się, niewyobrażalnie, z powrotu tego, który odszedł, ale udało mu się wrócić. Jeden z więźniów opowiadał kiedyś, że dane mu było, po odsiedzeniu długiego wyroku, spowiadać się u Orzecha. Bał się, bo wiedział, z czym idzie. Po spowiedzi Orzech nic nie powiedział, tylko wstał i mocno go objął. „On mnie tak przytulił, jak jeszcze nikt w życiu… Mnie, po tym wszystkim…” – mówił wzruszony.

Dystans

W czasie pogrzebu ks. Aleksander Radecki, wykonawca testamentu, powiedział, że „Orzech był nie tylko duży, ale był i pozostał Wielki”.

À propos.

Był taki czas, że Orzech mocno przytył i fakt ten niepokoił wielu studentów. Albo może wiele studentek, bo panowie chyba nie reagowali. W każdym razie kiedyś wreszcie Orzech nie wytrzymał i wygłosił z ambony taką oto przemowę:

„Proszę do mnie nie przychodzić i nie mówić mi, że jestem gruby, a już w żadnym wypadku nie proponować mi jakichś diet! Znalazłem potwierdzenie, w Biblii, że taki Orzech bardzo się Panu Bogu podoba. Nie wierzycie? Trudno, ale zajrzyjcie do księgi Ezechiela, tam, w 34 rozdziale, Bóg mówi wprost: Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Tłustą, czyli właśnie mnie!”

Autor Agnieszka Bugała

Link do tego artykułu na portalu wiez.pl: https://wiez.pl/2022/05/19/lew-co-kochal-barany-portret-orzecha/

Udostępnij na