Aleksandra Potocka-Jędrek, DA Wawrzyny
Aleksandra Potocka-Jędrek
To będzie BARDZO długi wpis. Znowu wpis, którego bohaterem będzie Orzech. Być może zaciekawi tylko społeczność Duszpasterstwa Akademickiego „Wawrzyny”, może kogoś z Was niezwiązanego z Duszpasterstwem, a może nikogo. Ja chcę mieć go tutaj, w tak piękne święto, jakim jest dzisiejsze Zesłanie Ducha Świętego, którego wartość i ważność również uświadomiła mi moja obecność w duszpasterstwie. Chcę aby Facebook mi go co roku przypominał.
Gdy w 2012 roku trafiliśmy z Krzyśkiem do Wrocławia na studia, postanowiliśmy poszukać sobie jakiegoś „fajnego, młodzieżowego Kościoła”. Takiego wiecie – ze scholką, gitarkami, jakimś wesołym, młodym księdzem, który będzie przemawiał do ludu prostym językiem, nie będzie czytał kazania ściągniętego z internetu. Odwiedziliśmy od samego początku chyba ze 3 miejsca i z przykrością stwierdziliśmy, że chyba nic ciekawego w tym duchowym aspekcie na nas nie czeka. I wtedy pamiętam, że mój chłopak powiedział mi, że ludzie z jego akademika chodzą gdzieś na „dwudziestkę”, na Mszę dla studentów i może tam byśmy się wybrali? Ja niewiele myśląc stwierdziłam, że w sumie nie jest daleko i możemy spróbować. Sam fakt Mszy wieczornej był dla mnie czymś nowym, gdyż w moim domu w niedzielę uczęszczaliśmy na eucharystię zazwyczaj do południa.
Weszliśmy do dziwnej, ciasnej i ciemnej kaplicy, która wypełniona była mnóstwem ludzi w różnym wieku. W tle słychać było grupę młodych ludzi, wyśpiewujących radośnie pieśni. Nagle dzwonek i wchodzi On. Postawny, tęgi, stary człowiek. Utykający i podpierający się laską (jak później się dowiedzieliśmy – to była ta słynna „laga” do strofowania studentów 😅), otoczony gronem ministrantów. Zawsze zaczynał eucharystię od „Anioł Pański” i tak było i tym razem. Tak minęły nam prawie 2 godziny. TAK – to nie jest pomyłka, wawrzynowe Msze były dopracowane i bardzo długie, ale nikt nie wiedział kiedy mijały. Nikt nikogo nie pospieszał, każda część liturgii była wyjątkowa. Po tym zawsze zapraszał stojących w drzwiach do wolnych miejsc w ławkach lub do siadania na dywanie.
Orzech miał w zwyczaju używać przeróżnych części lekcjonarza. Był mistrzem dobierania modlitw stosownie do okazji, okresu liturgicznego. To w DA zauważyłam, że każda Msza potrafi być inna, przepiękna i uduchowiona! Że ksiądz nie musi trzymać się sztywno reguł i może modlić się z serca. O kazaniach Orzecha mogłabym napisać osobny post, ale to co mnie w nich urzekało to to, że w każdym każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Bardzo podobało mi się, że Orzech jak miał do przekazania coś ważnego, nie przebierał w słowach. Potrafił z tej ambony siedząc (tak – to też było piękne, że mimo swego podeszłego wieku i braku sił fizycznych dalej nam służył, zamiast odpoczywać – praktycznie całą Mszę odprawiał na swoim stołeczku) grzmieć, wrzasnąć, przeklnąć, uronić łzę wzruszenia, smutku i śmiać się do rozpuku. Był autentyczny! Potrafił kogoś pochwalić, ale tak samo ochrzanić i to wszystko publicznie. Oj wielu z nas zaznało jego gorzkości, gdy coś mu się nie spodobało. Lubiłam, gdy porównywał Boga do „indyczki troskliwie rozpościerającej swe skrzydła nad młodymi”. Ogólnie, bardzo często wspominał, jak ważny jest szacunek do zwierząt, które bardzo kochał i nie zgadzał się na to by działa im się krzywda. Pamiętam, jak cieszył się, gdy urodziło się młode cielę, a on aż piał z zachwytu nad jego pięknem i nieporadnością. Każde jego zwierzę miało imię, pamiętam krowę Borówkę! Był dobrym gospodarzem!
Muzyczni – to była niewątpliwie ważna część Mszy w DA. Pamiętam, jak patrzyłam z podziwem i może też zazdrością na ich pewność siebie i talenty. Psalm zaśpiewany z ambony?! Przecież ja bym zemdlała ze stresu na samą myśl, by to zrobić! I wtedy pomyślałam: ja też kiedyś z Wami zaśpiewam, no i zaśpiewałam! A za jakiś czas podjęłam odpowiedzialność za Wtorkowych, która trwała jakieś 4 lata – dyrygowanie muzycznymi to był zaszczyt. Nauczyłam się wielu pięknych pieśni i tego, że można i należy je dobierać zgodnie ze Słowem z dnia. Psalm z ambony? Pestka, później robiło się to już z biegu, takiej pewności siebie dodawał Orzech. Zazwyczaj nas opieprzał o coś, ale jak Orzech pochwalił to czuło się tak, jakby się Pana Boga za nogi chwyciło. To w DA też było wyjątkowe, że w każdy praktycznie dzień ta wieczorna Eucharystia też była piękna i dopracowana. Pamiętam, jak kiedyś zaśpiewaliśmy „Pan wywyższony, wśród chwal uwielbiamy Go” – a on po tym zaczął się śmiać i powiedział, że cały czas zastanawiał się wśród jakich fal mamy tego Pana chwalić 😄
Muzyczni nie grali tylko w niedzielę i święta. Każdy dzień czymś się wyróżniał. I tak były poniedziałkowe uwielbienia, modlitwa z namaszczeniem chorych, Seminarium Odnowy Wiary. Nasze wtorkowe wieczory, z brewiarzem, kursem przedmałżeńskim i obowiązkowym odśpiewaniem „Magnificat”, które jest piękną modlitwą wrytą w pamięć. Środowe modlitwy kanonami Taizé. Czwartkowa dwudziestka dla Wawrzynów zakończona kolacją, którą Orzech dla nas szykował z tego, co miał w swoim gospodarstwie (warzywa, biały ser, masło). Były też wawrzynowe siódemki, czyli Msze poranne, po których było śniadanie i dzień od razu stawał się lepszy.
Po kazaniu podczas modlitwy wiernych każdy mógł wypowiedzieć na głos swoją intencję, co znacznie wydłużało Mszę, ale dawało poczucie omodlenia jej przez całą wspólnotę.
DA to był ogrom możliwości, radości, okazji do chwalenia Boga! Orzech uczył nas odpowiedzialności, podejmowania inicjatywy, ciągle coś się działo. Pielgrzymki, wyjścia, wyjazdy, Morzęcin, wykopki, wolontariat.
Orzech uczył nas szacunku do KAŻDEGO, pamiętam, gdy po ataku na redakcję Charlie Hebdo i rozpoczętym niepokojem w związku z islamskimi radykałami Orzech grzmiał z ambony, aby szanować i nie drażnić żadnego wyznania „nie drażnijcie innych religii, dajcie wszystkim żyć!”.
Kochał studentów, ale też ich nie lubił. Nie lubił pieszczenia się ze sobą samym. Nie zgadzał się na wychowywanie chłopców na mamincyców – wyzywał ich od pudelków, dudusiów. Dziewczyny to były miągwy i bździągwy 😂 na tej pierwszej naszej Mszy w Wawrzynach pamiętam, jak powiedział „Módlmy się za tych głupich studentów i ich durne pomysły”. Sam mówił, że praca ze studentami to była ostatnia rzecz, o jakiej marzył, i nie wie, dlaczego Bóg wybrał dla niego taką drogę.
Pamiętam, jak często wystawiał na ołtarz relikwie księdza Popiełuszki, z którym serdecznie się przyjaźnił. Dotykał ich i mówił „wstawiaj się tam za nami Jureczku!”.
Jako para, w pewnym momencie zaczęliśmy myśleć o ślubie. Orzech podkreślał, że na kurs przedmałżeński powinny pojechać pary, zanim się zaręczą. No i w sumie jako jedyni na naszej edycji kursu tak zrobiliśmy, co było trochę zaskakujące dla naszych znajomych i rodzin, ale niosło ze sobą wiele mądrości. Orzech mimo swego kapłańskiego stanu ukazał nam, jak powinna wyglądać rodzina. Potrafił podkreślać kobiece piękno i docenić pracowitość. Motywował do pracy nad sobą, by kobieta umiała gotować i piec ciasta. By umiała dbać o dom. Pokazywał, że ojciec ma mieć jaja i być głową rodziny, a żona jej szyją. Że razem jako małżeństwo możemy wszystko. Motywował do posiadania dzieci, mówił że „dzieci muszą mieć młodych rodziców”.
Sakramenty udzielane przez Orzecha takie jak chrzest czy ślub były wyjątkowe i zupełnie inne niż tradycyjne. Nie omieszkał dodawać żartobliwych komentarzy, podnosił nowoochrzczone dzieci nad ołtarzem i pokazywał je reszcie wspólnoty. Był wyrozumiały dla najmłodszych. Przypomina mi się jak kiedyś opowiadał, że jakiś niemowlak puścił w kościele mocnego bąka i jego rodzice bardzo się tym zawstydzili, co skomentował tym, że „zdrowy człowiek pierdzi i trzeba dziękować Bogu za to, że dziecko jest zdrowe”.
Nigdy nie zapomnę też jego historii o przeganiania śmierci z progu drzwi jego sali szpitalnej „Przyszła do mnie śmierć, raz powiedziałem jej – idź stąd!. Poszła, lecz wróciła. Potem powiedziałem jej – idź stąd, mówię! No i poszła. Jak przyszła po raz trzeci – powiedziałem jej SPIER****J i do tej pory jej już nie widziałem!”. Śmiał się, że przy każdej okazji ludzie życzą mu „zdrówka” – mówił, że jest tyle pięknych rzeczy, których możemy innym życzyć, a my tylko tego zdrówka i zdrówka.
Piękne były jego opowieści z domu rodzinnego, ze szkoły, z dzieciństwa. Potrafił się zachwycać pięknem przyrody i sztuką. Uwielbiał „Requiem” Mozarta – uważał, że jak będzie w Niebie to na pewno tam to usłyszy. Miał swoje ulubione wawrzynowe pieśni, m.in. „Wody Jordanu”, które w naszym wykonaniu Wam tu dzisiaj wrzucam. Śmiał się, że w naszej wsi Wrocku (jak pieszczotliwie nazywał Wrocław), możemy śpiewać „Wody Odry weselcie się” 😅 Były też takie pieśni, których lepiej było przy Orzechu nie zaczynać np. „Duchu święty, powiej wiatrem (…) z czterech wiatrów przybądź Duchu” – rany, jak go ta pieśń wkurzała! Jak ktoś chciał mu zaleźć za skórę, to wystarczyło zaśpiewać to. Ewentualnie „Mizerna cicha (….) pod malowaną tęczą”.
Dzisiaj uroczystość Zesłania Ducha Świętego, z którą też mam wawrzynowe wspomnienie. Orzech mówił, że w to święto powinniśmy przynosić do Kościoła zielone gałązki, przecież to Zielone Świątki.
Ja wierzę, że Orzech już raduje się z Panem w Niebie i jestem przekonana, że takich wspomnień, jak moje, jest u wielu ludzi na pęczki. To był człowiek, który jak nikt zbliżył mnie do Boga, wiary, Maryi. Moja wdzięczność jest w stosunku do niego wieczna i nieskończona!
Orzechu – dziękujemy, że pod natchnieniem Ducha Świętego stworzyłeś taką wspólnotę, która pociągnęła za sobą tysiące młodych! Dziękuję!
Chwała Panu!



