Marcin, Sokołowsko 2022
Pierwsze spotkania
Z tej racji, że moi dziadkowie mieszkali w pobliżu ulicy Bujwida, moja rodzina bardzo dobrze znała Orzecha, jako po prostu księdza z parafii. Ja jako dziecko też bywałem „w kościele w podziemiach”. Z tamtych czasów zostały mi jednak jedynie niejasne wspomnienia „pokrzykującego” i „dużego” księdza…
Pierwszy raz naprawdę spotkałem Orzecha dopiero jako nastolatek, kiedy po wielu spotkaniach z psychologiem (gdzie zwykle drzemałem podczas „relaksacyjnych” wizyt), ktoś z rodziny wpadł na pomysł, żebym spotkał się z nim jako pedagogiem…
Pamiętam, kiedy nieco zestresowany stałem pod drzwiami salki na Bujwida, gdzie – jak się potem dowiedziałem – swoje próby miał chór Szumiący Jesion. Rozległo się tubalno-piskliwe: – Proszę.
Wszedłem. Był półmrok. Przy drzwiach siedział „człowiek góra”. Moje przerażenie sięgało zenitu. Usiadłem praktycznie u jego stóp na jakimś małym stołeczku. Po chwili okazało się, że „przerażająco wielki ksiądz” jest bardzo sympatyczny i ma serce gołębicy…
Pielgrzymka
Moja mama szła z pielgrzymką do Częstochowy. Ja miałem iść chyba tylko do Trzebnicy. Na jednym z etapów moja mama tak nieszczęśliwie zaplątała się w jakieś druty porzucone niechlujnie przy drodze, że złamała nogę. Strasznie przejęty pobiegłem do Orzecha, który właśnie wygłaszał konferencję podczas przejścia etapu, zacząłem go szarpać za rękę, mówiąc mu o tym. Orzech w ferworze kaznodziejskim źle mnie zrozumiał i odpowiedział „tak, wiem” i… mówił dalej. Potem ciągle sobie wyrzucał, że tak mnie potraktował, kiedy przybiegłem po pomoc. Później okazało się, że zrozumiał, że mówię „moja mama jest na pielgrzymce”, dlatego odpowiedział: „tak wiem”…
Mamę trzeba było jakoś przetransportować do domu i w końcu skończyło się tak, że pojechała z Orzechem maluchem, gdzie z racji „gabarytów” Orzecha musiała trzymać na nim złamaną nogę…
Kornelówka
Nie pamiętam, jak to się stało, że Wawrzyny mogły korzystać z drewnianej chaty Kornela Morawieckiego w Obornikach Śląskich. Pamiętam jednak, jak Orzech poirytowany „Dudusiami” chciał nam pokazać, jak się rozłupuje pieńki. Stanął obiema nogami na wielkim pniu leżącym na ziemi. Wziął zamach. Niestety pieniek zaczął się toczyć. Orzech z dalej wzniesioną siekierą nad głową i wyrazem osłupienia w oczach wystrzelił w powietrze…
Przyszedł wieczór. Wypadło mi miejsce do spania na strychu przy Orzechu. Trochę się zdziwiłem, że jedna osoba bardzo gorliwie się ze mną zamieniła na – moim zdaniem – dużo wygodniejsze miejsce do spania. Nie bardzo też rozumiałem, czemu reszta „współspaczy” upycha się po kątach strychu z wyrazem rozpaczy w oczach…
Orzech zasnął po chwili już wszystko zrozumiałem – od jego potężnego chrapania deski podłogi zaczęły dygotać. Wpadłem na zwariowany pomysł, że zacznę udawać, że ja też chrapię. Rozbawiony słuchałem komentarzy: „Matko! Dwóch naraz!”. Znużony udawaniem chrapania nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem… Rano podbite i nieprzytomne oczy kolegów ujawniły całą prawdę… Kiedy zasnąłem, nie przestałem chrapać – podobno urządziliśmy z Orzechem „naprzemienną” kanonadę chrapania… Po tej historii rozumiałem już, dlaczego na pielgrzymce wokół namiotu Orzecha był zawsze pusty plac.
Spowiedź
Orzech najpierw był moim spowiednikiem. W końcu został moim kierownikiem duchowym. Orzechowe spowiedzi w salce „za pieńkiem” trwały nawet do trzeciej w nocy. Często przepuszczałem kogoś z kolejki, szczególnie dziewczyny. Te, które mimo naszych ostrzeżeń nie chciały być odprowadzane, biegły potem w nocy, z duszą na ramieniu, wzdłuż płotu cmentarza przez ulicę Bujwida.
Byłem ostatni. Dochodziła chyba druga w nocy. Orzech słuchał, ja mówiłem i mówiłem. W pewnym momencie przerwałem speszony, bo rozległo się miarowe chrapanie. Trąciłem Orzecha raz w nogę. Rytm chrapania nieco się zaburzył. Spróbowałem jeszcze raz, mocniej. Chrapanie się urwało i Orzech wymamrotał: „Nie śpię”. Kiedy przyszło do omówienia moich „wywodów” okazało się, ku mojemu osłupieniu, że ani na chwilę nie stracił wątku…
Orzech był ciągle w biegu, ciągle coś robił, więc kiedy nie załapałem się na wieczorną spowiedź we środę, ciężko było się z nim znów umówić.
Jedna spowiedź szczególnie zapadła mi w pamięć. Orzech stał w kuchni na Bujwida nad garem bigosu i mieszał w nim wielką łychą. Ja stałem prawie przytulony do Orzecha i mówiłem dość głośno prosto w ten bigos. W duszpasterstwie trwał wtedy jakiś remont i co pewien czas za naszymi plecami przechodzili robotnicy budowlani. Kiedy w którymś momencie się odwróciłem zobaczyłem, że jeden z nich się na nas gapi… Po wyrazie twarzy było widać, że nie bardzo może zrozumieć, dlaczego ten wielki chłop w kraciastej koszuli (Orzech nie miał koloratki) stoi nad garem, a drugi – dużo mniejszy – tuli się do niego i „gada do gara”…
Dziewczyny
Żonę jakoś trzeba było znaleźć więc bardzo się starałem żeby trafić na tą jedną jedyną. Orzech przez lata cierpliwie słuchał o moich „nieudanych podbojach”. Radził, ganił. Pamiętam jakiś wawrzynowy wyjazd gdzieś w górach, kiedy dyskutowałem z nim przy jakimś piecu kaflowym, a w drugim pokoju trwała impreza taneczna na całego.
To, że Orzech dobrze mnie znał, powodowało czasami sytuacje tragikomiczne, a dla mnie niezbyt komfortowe. Po 12-tce stałem sobie w korytarzu, pełnym jak zawsze ludzi, rozmawiając z dwiema dziewczynami. Orzech akurat przechodził i mnie zobaczył. Ryknął na całe gardło: „A ten znowu!” Ja, dziewczyny i tłum na chwilę zamarł. Dziewczyny zrobiły się czerwone i w ułamku sekundy znikły. Ja zostałem sam na placu boju, wściekły i też czerwony jak cegła…
Ta jedna jedyna – kurs antymałżeński
Moją „tą jedyną” spotkałem w końcu setki kilometrów od Bujwida. Jednak kiedy przyszedł czas na poważne decyzje – pojechaliśmy na wyjazdowe dialogi „przedmałżeńskie” z Orzechem. Moja przyszła żona dużo się nasłuchała o Orzechu i była trochę stremowana. Kiedy przyszedł czas spowiedzi, trochę zestresowana weszła do pokoju, w którym spowiadał… Mimochodem spojrzała na książkę na stole i… nogi się pod nią ugięły. Tytuł głosił „Egzorcyzmy Kościoła Katolickiego”…
Oczywiście potem przekonała się, że Orzech nie jest taki straszny. Nawet miał nam udzielać ślubu, niestety, przez zbitkę terminów i ślub poza Wrocławiem nie mógł przyjechać.
Modlitwa wstawiennicza
Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie pojechałem z Wawrzynami na obóz do Białego Dunajca.
Bywałem w Tatrach, ale najczęściej mieszkałem albo w Zakopcu albo w którymś z schronisk. Łaziłem sam albo z jakimś kumplem.
Tego dnia przeszliśmy tradycyjnie ponad 20 km po Tatrach. Nie pamiętam gdzie i co jedliśmy, czy w górach, czy już na dole, w Zakopanym. W każdym razie skutki były opłakane. Z objawami zatrucia dowlekliśmy się do kwatery u gazdy na Olczy. Jakoś nie chciało przejść. Obydwaj znaliśmy Orzecha, także z jego „odnowowo-modlitewnej” strony. Postanowiliśmy – idziemy do Białego Dunajca do Orzecha, po ratunek – żeby się nad nami pomodlił i będzie ok.
Ponad 8 km pieszo do chaty Wawrzynów trochę nas dobiło. Odszukaliśmy Orzecha. Cali zadowoleni wyłożyliśmy mu, co i jak. Orzech łypnął na nas i ryknął: „Ćwiartkę wódki sobie kupić, a nie Panu Bogu głowę zawracać!”.
Był już późny wieczór. Z nietęgimi minami ruszyliśmy w drogę powrotną do Zakopanego. Po drodze był sklep monopolowy. Chwilę się ociągaliśmy z wejściem zastanawiając się, co sobie pomyślą o studentach, którzy w środku nocy są tak „spragnieni”, że muszą sobie wódkę kupić. Spojrzeliśmy po sobie. Dobra, Orzech kazał kupić – no to kupujemy.
Przemyciliśmy się jakoś do naszego pokoju z duszą na ramieniu, bo jakby nasz gazda złapał nas z flaszką – byłoby niewesoło. Tydzień wcześniej jacyś „rozimprezowani” studenci wysypali przez okno popielniczkę tak nieszczęśliwie, że… spalili mu samochód.
Przystąpiliśmy do zaleconego przez Orzecha leczenia – pół dnia na głodniaka i kilometry zrobiły swoje – padliśmy bez życia w ubraniach na łóżka.
Orzechowa kuracja poskutkowała. Następnego dnia jak nowo narodzeni mogliśmy ruszyć znów w góry…
Sen
Przez lata ciągle jakoś nie udawało nam się „wpaść” na Bujwida na dwudziestkę czy po prostu odwiedzić Orzecha. Po pogrzebie pewnej nocy przyśnił mi się Orzech. Był bardzo realny. Wyglądał, jak wtedy, kiedy poznałem go jako dziecko. Spojrzał na mnie tak po „orzechowemu”, aż mnie ciarki przeszły i pogroził mi „Panią Orzechowską”. Do końca jeszcze nie wiem, o co mu chodziło, ale jakoś poczułem, że pora się znów „brać do roboty”. Stąd te wspomnienia.
Marcin
Sokołowsko 2022



