Świadectwo Marty
- Który raz idziesz?- usłyszałam to standardowe pytania trzy lata temu, na ściernisku, które przez jedną noc miało być naszym polem namiotowym.
- Pierwszy. – odparłam z uśmiechem sąsiadce podczas rozbijania namiotu.
- A ty?
- Piąty. Dla mnie pielgrzymka jest jak narkotyk. – dodała po chwili.
Wtedy jeszcze niewiele z tego rozumiałam. Wbrew pozorom to nie było wyssane z palca określenie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: jeśli raz zakosztujesz smaku takich rekolekcji, nie będziesz mógł przestać ich pragnąć. Tym razem już od lutego(!) czułam głód pielgrzymki. Teraz jestem szczęśliwie nasycona. Na jak długo?…
Jest słonecznie, drugi dzień sierpnia, wyruszamy. Na twarzach przejęte uśmiechy, machamy ludziom wyglądającym przez okna i do kamer TV. To jednak nie sielanka: godzina tak wczesna, że nie warto wspominać (i wyobraź sobie, o której w nocy trzeba było wstać, by dotrzeć do Wrocławia!), zostałam wciśnięta w tłum (pewnie inni czuli się podobnie) na dodatek rozśpiewany, co chwilę skrobię niechcąco komuś pięty nie mając jeszcze wprawy w bezkolizyjnym poruszaniu się. Ogólny rejwach.
Na duchu podnosi widok znajomych twarzy, między innymi przewodnika naszej XII grupy ks. Jacka Froniewskiego. I znajomych plecaków, bo na pielgrzymce ludzi rozpoznaje się po plecakach (one są zazwyczaj gdzieś na wysokości mojej głowy). Błogosławieństwo na drogę od kardynała H. Gulbinowicza dodaje pewności, że szczęśliwie dotrzemy i samolubnej nadziei na niewielką ilość odcisków.
Wrocławska pielgrzymka z roku na rok bardziej się starzeje, ale też i rozwija, dojrzewa. Tym razem idąc z postępem wprowadzono np. nowy przepis zezwalający na używanie telefonów komórkowych jedynie po dojściu na nocleg. ma ona tez oczywiście swoje tradycyjne elementy, które tworzą zgodnie jej niepowtarzalny klimat. Mnie – i pewnie nie jestem w tym osamotniona – najbardziej cieszą kończące każdy dzień apele jasnogórskie, wędrowanie polnymi drogami, gdzie jak okiem sięgnąć kukurydza lub łany zbóż owiane ciepłem jak łaską, nocne rozmowy rodaków oraz koncerty kultowego już w Bielawie zespołu o przydługiej nazwie: „40 synów i 30 wnuków jeżdżących na 70 oślętach”(w skrócie zwanego „osiołkami”).
Tamtej nocy, gdy tłumy nie bacząc na odciski skakały pod sceną chwaląc Pana, gdy wraz ze znajomymi leżeliśmy na trawie oglądając gwiazdy przy akompaniamencie „Perełki” w wykonaniu „osiołków” nie potrafię oddać słowami.
W tym roku nowością był też idący z nami w gr. XII „Pan klub”, czyli zespół fanów Boga i muzyki Go sławiącej.
Najważniejsze są tu jednak rekolekcje w drodze (w tym roku były to m.in. konferencje o Eucharystii, pozwalające nam lepiej nam ją zrozumieć), które kojarzą mi się z wielką konewką podlewającą roślinki zwane duszami. Prędzej czy później każdy uczestnik to odkrywa.
- Który raz tu jesteś? – padło któregoś wieczoru fundamentalne pytanie z ust pielgrzymkowego brata.
- Czwarty. A ty? – zrewanżowałam się pytaniem.
- Dziewiąty.
- ! – uniosłam znacząco brwi.
- Ale tak naprawdę to drugi. – tłumaczył się. – Bo wcześniej chodziłem, nazwijmy to turystycznie.
„Czy miłujesz mnie?” – to pytanie Chrystusa widniejące na znaczkach pielgrzymkowych było w tym roku centralnym punktem i tematem rekolekcyjnych rozważań. Podczas nabożeństwa w czwartym dniu każdy otrzymał drewniany krzyż z wypalonymi słowami św. Piotra, odpowiedzią na to pytanie. Tak jak św. Piotr w Ewangelii pielgrzymi usłyszeli to pytanie trzy razy.
– Użyczam głosu Panu Jezusowi i pytam was po raz trzeci, jak On pytał św. Piotra: Czy miłujesz mnie? – mówił jak zwykle donośnie i ochryple ks. Stanisław Orzechowski (czyli po prostu „Orzech”) z wałów Jasnej Góry. Powtarzał ten rytuał wobec każdej grupy i każda zgodnie odpowiadała: – Ty wiesz, że Cię kocham!
Dzień dziewiąty, ostatni. Pobudka o 5.30 rano, co przyjęliśmy z wielką radością biorąc pod uwagę fakt, że zwykle wstawaliśmy o 4.45. Ostatni etap.
– Nasze życie też jest długim, żmudnym pielgrzymowaniem – mówi przewodnik ks. Jacek jeszcze przed uroczystym wejściem. – Tego uczy nas pielgrzymka: że na końcu drogi jest piękny cel.
Któregoś dnia żaliłam się pewnej siostrze pielgrzymkowej, że jeszcze trochę i koniec, że trzeba będzie wracać do domów i że dlatego mi smutno.
– Przecież to dopiero początek. – odpowiedziała.
Oby miął rację.
Świadectwo Ali
To nie była moja pierwsza pielgrzymka, toteż wiedziałam, co mnie czeka. Pobudki o świcie, choć nie wiem czy ciemną noc można nazwać świtem, ale ustalmy, że były to pobudki o świcie, tuptanie w słońcu, obolałe nogi, a na nich bąble uparcie wyskakujące każdego wieczora, szukanie miejsca do mycia i oczywiście jedzenie dość monotonne, bo każdego dnia takie samo, no może nie do końca jego różnorodność zależała od wydobytej konserwy z dna plecaka, ale generalnie to samo: chleb konserwa i woda. Gdy tak uświadomiłam sobie dzień przed wyjściem, co mnie czeka przez kolejne 9 dni stwierdziłam, że jestem szalona i tak na prawdę to mi się nie chce iść. Ale dzięki Bogu decyzja o tym, że idę podjęta była dużo wcześniej więc jako dojrzały i umiejący ponieść konsekwencje swoich wyborów człowiek dnia 2.08 stawiłam się z bagażem pod kościołem franciszkanów. Pierwszy dzień minął szybko ( bardzo nie lubię odcinka do Trzebnicy) a wieczorem rutyna pielgrzymkowa: 1. szybki bieg po bagaże ( to rola chłopców) , zajęcie miejsca ( to rola nasza czyli delikatnych kobietek) 2. rozbicie namiotów ( to rola naszych silnych mężczyzn) narzekanie jak to było ciężko i strasznie podczas rozbijania namiotów i tym samym denerwowanie chłopców ( to nasz ulubiona rola kochanych delikatnych kobietek) 3. szukanie miejsca do mycia to nic innego jak szalony wyścig 4. szykowanie jedzenia to ewidentnie rola kobiet mężczyzn nawet pod uwagę tu się nie bierze – nie możemy pozwolić sobie na straty jedzenia podkreślę – bardzo duże straty 4. apel 5. SPANKO !!! I tak mijały po kolei dni, jeden za drugim. Ale pielgrzymka to nie tylko te czynności, które opisałam wyżej, to przede wszystkim czas dla Boga, to takie rekolekcje w drodze, dzięki którym możemy stać się silniejsi psychicznie. Te kilka dni daje możliwość zbliżenia się do Boga, zgłębienia tajemnicy Jego miłości, jak również to czas, kiedy możemy poznać siebie i drugiego człowieka. Ważnym elementem naszego pielgrzymowanie jest codzienna Eucharystia, na której homilie głosił jak co roku ksiądz Orzech. Dzień na pielgrzymce realizowany jest według pewnego szablonu to znaczy 1 odcinek – modlitwy poranne; 2 odcinek – to czas na konferencje i na ciszę; 3 odcinek to czas różańca; 4 odcinek to czas na koronkę do Bożego miłosierdzia. Dzięki temu wojskowemu porządkowi człowiek wchodzi w pewien rytm modlitewny, zupełnie inny niż ten, który kieruje naszym życiem na co dzień. Pielgrzymować może każdy z nas, kto tylko ma siłę i chęci, ale tak jak powiedział nasz przewodnik trzeba pamiętać, że nasza wędrówka nie zaczyna się 2.08 i kończy 10.08 nasza wędrówka trwa całe życie, a celem jest sam Jezus Chrystus. Pomimo ran jakie odniosłam ( typowe dla kobiety wyolbrzymienie – tak na prawdę miałam tylko kilka bąbli) jestem szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w tak pięknej formie obcowania z Bogiem jakim była pielgrzymka.
Świadectwo Patrycji
9 dni rachunku sumienia. Nie był to dla mnie łatwy czas, chyba dla nikogo, kto uważnie słuchał konferencji, które dotyczyły 10 przykazań Bożych, analizował siebie, swoje postępowanie, swoje życie. Ale jednocześnie mogę stwierdzić, iż był to piękny okres tych wakacji. Czas służby, modlitwy, czas przełamywania samej siebie.
Godzina 4:45 na polu namiotowym rozbrzmiewa głos porządkowego „pobudka, aniołki wstajemy”!! Chłodny poranek, ale zapowiadający upalny dzien. Przy wschodzie słońca wyruszamy na nasz codzienny pielgrzymi trud!! Poranne modlitwy, odprawianie Godzinek ku czci Najświętszej Marii Panny, śpiew, konferencje, Koronka, Różaniec, oraz Msza Święta – najważniejszy punkt każdego dnia, nadają tym 9 dniom szczególny charakter. Każdy dzień kończył Apel Jasnogórski, zwrócenie się ku Matce, do której wszyscy kroczymy ze swoimi problemami, prośbami, czy dziękczynieniem za dobro, którego doświadczyliśmy. Ta wieczorna modlitwa była dla mnie takim momentem, kiedy w wielkim już zmęczeniu, ale zarazem radości i ze śpiewem na ustach mogłam podziękować za to co mnie w danym dniu spotkało, czego doświadczyłam, oraz że dotarłam do celu danego dnia wędrówki.
Świadectwo Weroniki
Przed tron Jasnogórskiej Pani wędrowałam z 20-letnim synem Pawłem i 74-letnią siostrą Katarzyną, która była najstarszym pielgrzymem w naszej grupie. Szliśmy ze „Złotą Piętnastką” – to nazwa naszej franciszkańskiej grupy z Karłowic. Wszyscy kroczyliśmy do jednej Matki – nie było wśród nas pań, panów – zwracaliśmy się do siebie bracie , siostro, co tworzyło klimat bliskości z drugim człowiekiem. Młodzież była bardzo wrażliwa i użyczała swoich sił na zasadzie „jedni drugich brzemiona noście”. Każdy dzielił się poczęstunkiem, ogólnie panowała atmosfera wielkiej życzliwości. Tworzyliśmy prawdziwą wspólnotę. Pielgrzymka to rekolekcje w drodze – jest czas na modlitwę, konferencje oraz refleksje nad własnym życiem. Szczególnie temu sprzyjają odcinki drogi przeżywane w zupełnej ciszy. Z przyjemnością patrzyłam na młodzież z naszej parafii, która aktywnie uczestniczyła w pielgrzymce – jedni jako porządkowi, inni w zespole muzycznym. Wyjątkowej atmosfery pielgrzymki nie da się opisać, to trzeba przeżyć.
